Gorillaz wracają z albumem The Mountain, a sam tytuł brzmi jak zapowiedź czegoś większego niż zwykła premiera kolejnej płyty. To już dziewiąty studyjny materiał projektu Damona Albarna i Jamiego Hewletta, wydany 27 lutego 2026 roku, z 15 utworami i wyraźnie bardziej zwartą, osobistą koncepcją niż na kilku poprzednich wydawnictwach. Oficjalny opis mówi o szerokim gronie gości, a całość od początku była przedstawiana jako nowy rozdział, nie tylko następny punkt w dyskografii.
To zresztą słychać już na poziomie samego pomysłu. Gorillaz przez lata przyzwyczaili słuchaczy do muzycznego patchworku: trochę elektroniki, trochę popu, trochę rapu, trochę wszystkiego, co akurat wpadło do studia i miało dość charakteru, by przeżyć zderzenie z tą marką. Tym razem ten chaos nie znika, ale dostaje mocniejszy kręgosłup. Recenzje i opisy albumu wracają do jednego motywu: śmierci, przemijania, żałoby i prób oswojenia tego, czego oswoić się przecież do końca nie da.
Najciekawsze jest jednak to, że The Mountain nie wygląda na płytę pogrążoną w rozpaczy. Raczej na taką, która wie, że smutek nie zawsze siedzi w kącie i nie zawsze mówi szeptem. Czasem ubiera się w bogate aranżacje, czasem w egzotyczne instrumenty, a czasem po prostu każe iść dalej. Jak ktoś, kto wraca z długiej podróży i niby jest tym samym człowiekiem, ale jednak patrzy już na wszystko trochę inaczej.
Strata, która nie zamienia się w pomnik
Wokół tej płyty od początku pojawiał się bardzo osobisty kontekst. Damon Albarn i Jamie Hewlett mówili o doświadczeniu żałoby po śmierci swoich ojców, a podróż do Indii stała się jednym z ważnych impulsów, które ukształtowały album. To właśnie dlatego The Mountain ma w sobie coś z duchowej wędrówki, ale bez taniego mistycyzmu i bez pocztówkowego zachwytu nad egzotyką. Bardziej przypomina próbę złapania oddechu w świecie, który co chwilę coś odbiera, a potem wymaga, żeby człowiek normalnie poszedł do pracy i jeszcze odpisał na maile.
To ważne, bo Gorillaz mogli bardzo łatwo popaść tu w patos. Zespół z taką historią, takim bagażem wizualnym i taką mitologią wokół siebie aż prosi się o wielkie gesty. Tymczasem z dostępnych opisów wyłania się płyta, która zamiast budować marmurowy pomnik żałobie, raczej robi z niej krajobraz. Nieprzyjemny, momentami piękny, czasem dziwnie spokojny. Taki, przez który trzeba przejść, nawet jeśli człowiek wolałby zawrócić.
Jest w tym coś bardzo gorillazowego, choć w bardziej dojrzałym wydaniu. Ten projekt od zawsze działał najlepiej wtedy, gdy pod kolorowym bałaganem, rysunkową ironią i popkulturową zabawą kryło się coś naprawdę ludzkiego. The Mountain zdaje się przypominać, że nawet najbardziej fantazyjny muzyczny świat nie jest odporny na najbardziej zwyczajne doświadczenia: stratę, lęk, pamięć i to dziwne uczucie, kiedy życie biegnie dalej, choć w środku człowiek jeszcze stoi w miejscu.
Indie w tle, ale bez przebieranki za duchowych turystów
Jednym z najmocniej podkreślanych elementów albumu są inspiracje indyjskie. W recenzjach i opisach przewijają się nazwiska związane z tamtejszą sceną i tradycją muzyczną, a także instrumenty takie jak sitar czy bansuri. To nie jest jednak ten rodzaj zachwytu, który kończy się na dosypaniu odrobiny orientalnego pyłu do zachodniej produkcji, żeby wszystko brzmiało bardziej „światowo”. Tym razem wygląda to raczej na pełnoprawny składnik opowieści.
I dobrze, bo Gorillaz zawsze byli najlepsi wtedy, gdy cudze wpływy nie służyły im do dekoracji, tylko do rozbudowy własnego języka. Tutaj ta mieszanka ma sens także tematycznie. Jeśli album krąży wokół śmierci, przemijania i ciągłości, to otwarcie się na inne tradycje myślenia o czasie i końcu życia nie jest ozdobnikiem, ale naturalnym ruchem. Nie chodzi o efektowny kostium, tylko o inne spojrzenie na to, co w kulturze Zachodu zwykle ubiera się w chłód, ciszę i ostateczność.
To może być zresztą jeden z największych atutów tej płyty. W czasach, gdy wielu artystów opowiada o bólu tak, jakby przygotowywali prezentację pod algorytm: wystarczająco emocjonalną, żeby działała, ale nie na tyle osobistą, by naprawdę uwierała – Gorillaz wybierają drogę bardziej ryzykowną. Szukają nowego języka dla spraw starych jak świat. A to zawsze ciekawsze niż kolejny album, który brzmi jak dobrze skrojona playlista do melancholijnego spaceru po mieście.
Duchy dawnych artystów i bardzo delikatna granica
Wokół The Mountain dużo mówi się też o wykorzystaniu materiałów związanych z nieżyjącymi już artystami. Pojawiają się nazwiska takie jak Lou Reed, Mark E. Smith, Bobby Womack, Tony Allen czy Trugoy the Dove. W jednym z najgłośniejszych wątków Damon Albarn ujawnił, że głos Lou Reeda na płycie nie jest oryginalnym nagraniem, lecz rekonstrukcją, bo pojawiły się problemy prawne z wykorzystaniem właściwego materiału. To od razu otwiera cały zestaw pytań: o granice artystycznej pamięci, o etykę takich decyzji i o to, gdzie kończy się hołd, a zaczyna coś znacznie bardziej śliskiego.
I właśnie to czyni ten album jeszcze ciekawszym. Nie tylko jako zbiór utworów, ale jako komentarz do epoki, w której technologia coraz śmielej wchodzi na teren pamięci, archiwum i cudzej obecności. Jeszcze niedawno muzycy wracali po śmierci w samplach, niedokończonych demówkach i pośmiertnych wydaniach z dopiskiem deluxe. Dziś można ich przywracać znacznie bardziej dosłownie, a to brzmi fascynująco tylko do momentu, w którym człowiek zada sobie pytanie, kto tu naprawdę jeszcze mówi.
Gorillaz zawsze lubili igrać z granicą między tym, co prawdziwe, a tym, co wykreowane. W końcu to zespół, który od samego początku był fikcją bardziej żywą od wielu realnych składów. Dlatego właśnie oni mogli dojść do takiego miejsca naturalniej niż inni. Problem polega na tym, że teraz stawka jest większa niż gra z wizerunkiem. Tu chodzi o pamięć po kimś, kto już sam niczego nie zatwierdzi. I nawet jeśli artystycznie bywa to poruszające, dyskusja wokół tej metody dopiero się rozkręca.
Powrót, który nie wygląda na odgrzewanie legendy
Przy zespołach z tak długim stażem zawsze pojawia się to samo ryzyko: że nowa płyta będzie bardziej wydarzeniem archiwalnym niż realnie żywą premierą. Ot, kolejny powrót ważnej marki, który słucha się z szacunku, a nie z ekscytacji. Z The Mountain wygląda to inaczej. Krytycy opisują ten materiał jako jeden z najmocniejszych momentów późnego etapu kariery Gorillaz, a sam zespół od razu obudował premierę wystawą House of Kong w Los Angeles oraz trasą The Mountain Tour, planowaną na 2026 rok.
To zresztą bardzo sprytne posunięcie. Gorillaz od dawna nie są już wyłącznie zespołem w tradycyjnym sensie. To osobne uniwersum, w którym muzyka, grafika, postacie, merch, wystawy i koncerty stale się przenikają. W ich przypadku premiera albumu przypomina bardziej otwarcie nowego rozdziału świata niż wrzucenie płyty do streamingu. I chyba dlatego ta marka nadal działa. Nie dlatego, że wciąż żyje wspomnieniem Feel Good Inc., ale dlatego, że potrafi zamienić nawet jubileusz w coś, co wygląda na ruch do przodu.
Po 25 latach działalności to już naprawdę sporo. Większość projektów po takim czasie albo grzęźnie we własnej legendzie, albo zaczyna produkować kolejne wersje samego siebie, jak restauracja, która od dekady serwuje tę samą „nową odsłonę klasyka”. Gorillaz wciąż próbują skręcać. Czasem wychodziło im to lepiej, czasem gorzej, ale akurat tutaj wiele wskazuje na to, że trafili w punkt: zrobili płytę osobistą, dużą emocjonalnie, a przy tym nadal rozpoznawalną jako ich własną.
