Bang & Olufsen zrobił kolumny za cenę mieszkania. I nawet nie udaje, że chodzi tylko o dźwięk

Na rynku audio łatwo dziś zgubić skalę. Producenci prześcigają się w hasłach o czystości brzmienia, scenie, detalach i immersji, aż wszystko zaczyna brzmieć jak ten sam katalog czytany innym głosem. Bang & Olufsen od dawna gra jednak w trochę inną grę. Nie sprzedaje po prostu dźwięku. Sprzedaje przedmiot, który ma wejść do wnętrza jak rzeźba, zaznaczyć status właściciela i dopiero potem, przy okazji, zagrać muzykę. Właśnie dlatego nowe, limitowane wersje Beolab 90 nie są tylko kolejną premierą dla bogatych. To raczej pokaz tego, jak wygląda elektronika, kiedy przestaje udawać rozsądek.

Mowa o dwóch nowych odsłonach potężnych kolumn Beolab 90: Monarch Edition i Zenith Edition. Obie zamykają jubileuszową serię Atelier przygotowaną na stulecie marki. Każda z tych wersji powstanie w liczbie zaledwie dziesięciu par, a cena sięga 480 tys. euro. To poziom, przy którym człowiek przestaje porównywać sprzęt z innym sprzętem. Zaczyna raczej myśleć kategoriami apartamentu, kolekcjonerskiego auta albo ekstrawagancji, której nie da się obronić kalkulatorem.

Tutaj parametry są tylko biletem wstępu

Najłatwiej byłoby zatrzymać się na kwocie i westchnąć, że świat oszalał. To jednak byłoby zbyt proste. W Beolab 90 od początku chodziło o coś więcej niż o luksus przyklejony do obudowy. Sama konstrukcja jest potężna: układ 360 stopni, 18 przetworników i bryła, która wygląda tak, jakby powstała po spotkaniu studia rzeźbiarskiego z laboratorium akustycznym. W środku pracuje siedem tweeterów, siedem przetworników średniotonowych, trzy woofery boczne i tylne oraz jeden przedni woofer. To nie jest sprzęt, który ma grzecznie stać pod ścianą i nie przeszkadzać. To jest sprzęt, który ma przejąć pomieszczenie.

Ale właśnie tu zaczyna się rzecz najciekawsza. W tym segmencie sama specyfikacja już nie wystarcza. Owszem, musi być imponująca, bo bez tego nie ma wejścia do klubu. Tyle że na tym poziomie technologia przestaje być finałem, a staje się fundamentem. Prawdziwa gra toczy się o aurę przedmiotu. O to, czy użytkownik widzi w nim tylko kolumnę, czy raczej obiekt, na który patrzy się trochę tak, jak patrzy się na dobrze zaprojektowany mebel, zegarek albo dzieło użytkowe. Bang & Olufsen świetnie to rozumie. Wie, że klient wydający takie pieniądze nie szuka już tylko lepszego basu. Szuka czegoś, co będzie miało ciężar obecności.

fot. Bang & Olufsen

Monarch i Zenith wyglądają jak manifest

Monarch Edition idzie w stronę ciepła i szlachetności materiału. Pojawia się palisander, precyzyjnie obrabiane aluminium i półprzezroczyste elementy tkaniny, przez które można zajrzeć pod powierzchnię konstrukcji. To ciekawy zabieg, bo zazwyczaj luksus lubi ukrywać mechanikę i zostawiać tylko gładką fasadę. Tutaj jest odwrotnie. Można odnieść wrażenie, że marka chce powiedzieć: proszę bardzo, popatrz, to nie jest tylko ozdobna skorupa, tu naprawdę coś się dzieje.

Zenith Edition skręca w inną stronę. Tu robi się bardziej jubilersko, bardziej teatralnie, niemal biżuteryjnie. Konstrukcja wykorzystuje tysiące aluminiowych kulek i inkrustacje z masy perłowej, a front wykończono tak, by przypominał muszlę ostrygi. To już nie jest nawet hi-fi w tradycyjnym sensie. To jest sprzęt, który bardzo świadomie igra z granicą między elektroniką a dekoracyjnym luksusem. Jedni uznają to za przesadę, inni za szczyt wyrafinowania. W obu przypadkach efekt jest podobny: trudno przejść obok tych kolumn obojętnie.

Najdroższe audio dawno przestało walczyć o rozsądek

Właśnie w tym miejscu Bang & Olufsen wypada najciekawiej. Większość marek, nawet kiedy celuje wysoko, wciąż próbuje udawać, że za wszystkim stoi jakiś praktyczny argument. Lepszy komfort, lepsza jakość, lepsza technologia, lepsza inwestycja w codzienne doświadczenie. Tutaj ta maska właściwie spada. Nikt nie kupuje takich kolumn dlatego, że to najrozsądniejszy sposób na słuchanie muzyki. Nie kupuje ich też dlatego, że za pół miliona euro nie da się znaleźć niczego innego do salonu. Kupuje je dlatego, że w pewnym momencie elektronika staje się częścią stylu życia, a potem jeszcze krokiem dalej: częścią kolekcji.

fot. Bang & Olufsen

To zresztą mówi sporo o całym rynku premium. Im wyżej się wchodzi, tym mniej liczy się czysta funkcja, a coraz więcej znaczą opowieść, limitacja i poczucie wyjątkowości. Smartfon za kilka tysięcy nadal musi być szybki. Telewizor premium nadal ma mieć świetny obraz. Ale w absolutnie najwyższych rejestrach audio produkt zaczyna działać trochę jak zegarek za fortunę. Owszem, pokazuje godzinę. Tylko że nikt nie płaci za niego dlatego, że nie ma innego sposobu, by sprawdzić czas. Z Beolab 90 jest podobnie. One oczywiście grają. Problem w tym, że na tym poziomie granie jest już ledwie początkiem historii.

Źródło: What HiFi

Zobacz też