Range Rover wraca do jednego z tych motoryzacyjnych gestów, które na papierze wydają się niewielkie, a w praktyce mówią zaskakująco dużo. Chodzi o nowego Range Rovera Sport SV Ultimate Edition, specjalną serię przygotowaną jako ukłon w stronę pierwszego Sporta SVR z 2015 roku. W tym przypadku najważniejszy nie jest jednak tylko sam model, lecz także kolor: Velocity Blue Gloss, odcień niebieskiego, który ma przypominać auto sprzed dekady i całą energię, z jaką ten samochód kiedyś wjechał do świata szybkich SUV-ów.
To ruch bardzo w stylu Range Rovera. Zamiast urządzać wielką rewolucję, marka sięga po detal, który działa jak dobrze dobrany refren w znanej piosence. Niby słyszało się go już wcześniej, ale wystarczy kilka nut, by natychmiast wróciły emocje z pierwszego odsłuchu. Tak właśnie działa tu niebieski lakier: nie jest zwykłą opcją z palety, tylko nośnikiem wspomnienia o modelu, który dla wielu fanów marki pozostaje jednym z najważniejszych współczesnych Range Roverów.

I trzeba przyznać, że to ma sens. W czasach, gdy branża motoryzacyjna często próbuje opowiadać o dziedzictwie w sposób ciężki jak marmurowa tablica, tutaj wystarczył jeden kolor, żeby cała historia zaczęła mówić sama. Bez wielkich deklaracji, bez przesadnej celebracji. Po prostu: pamiętamy, skąd przyszliśmy, i wiemy, który fragment tej historii naprawdę warto było ocalić.
Hołd dla SVR, który kiedyś ustawił ton całej klasie
Kiedy Range Rover Sport SVR debiutował w 2015 roku, rynek szybkich SUV-ów wyglądał inaczej niż dziś. Owszem, istniały już mocne, drogie i szybkie modele, ale SVR wniósł do tej układanki coś bardzo konkretnego: połączenie muskularnego charakteru, luksusu i wyraźnie sportowego pazura, który nie kończył się na pakiecie stylistycznym. Auto dostało wtedy 5,0-litrowe V8 z kompresorem i moc 550 KM, a do tego własną, bardzo rozpoznawalną osobowość.
Właśnie dlatego dzisiejszy powrót do tamtego modelu nie brzmi jak przypadkowa zabawa archiwum. To nie jest odgrzewanie starego folderu prasowego, tylko świadome odwołanie do momentu, w którym Range Rover pokazał, że potrafi zbudować SUV-a nie tylko prestiżowego, ale też bezczelnie szybkiego. Taki samochód nie musiał nikomu niczego tłumaczyć. Wystarczyło, że odpalał silnik i cały wywód stawał się zbędny.

Nowy SV Ultimate Edition nie jest oczywiście kopią tamtego auta. To współczesny, znacznie bardziej zaawansowany technicznie model, ale właśnie dlatego ten hołd działa tak dobrze. Nie chodzi o to, by udawać przeszłość. Chodzi o to, by z teraźniejszości wyciągnąć ten jeden element, który nadal ma emocjonalną siłę. I tu Range Rover trafia w punkt, bo niebieski lakier okazuje się czymś więcej niż ozdobą. To skrót całej epoki.
Nie tylko kolor. To także bardzo konkretna maszyna
Gdyby jednak za całą opowieścią stał wyłącznie lakier, wyszłoby z tego co najwyżej eleganckie wspomnienie. Tymczasem Range Rover Sport SV Ultimate Edition ma też liczby, które pilnują, żeby nikt nie pomylił go z modnym dodatkiem dla kolekcjonerów. Auto korzysta z 4,4-litrowego, podwójnie doładowanego V8, oferuje 635 KM, 800 Nm, przyspiesza do 100 km/h w 3,9 sekundy i rozpędza się do 290 km/h. To parametry, które nie służą do nostalgii, tylko do realnej demonstracji siły.
Do tego dochodzi limitowana skala całego przedsięwzięcia. Marka zapowiedziała 500 egzemplarzy, przeznaczonych na rynek brytyjski, a cena startowa została ustalona na 145 995 funtów. W świecie aut tej klasy taka liczba nie jest może astronomicznie niska, ale wystarczająco mała, by cały projekt zachował aurę czegoś wyraźnie bardziej wyjątkowego niż kolejna konfiguracja z katalogu.

To zresztą jeden z tych przypadków, gdy limitowana edycja ma sens nie tylko biznesowy, ale i estetyczny. Wiele specjalnych wersji wygląda dziś tak, jakby ktoś w ostatniej chwili dodał kilka emblematów, kontrastowy szew i tabliczkę z numerem, po czym ogłosił narodziny legendy. Tutaj legenda już była. Trzeba ją było tylko odświeżyć w taki sposób, by nie zgubić jej charakteru.
