Na aukcję trafił właśnie Hennessey Venom F5 Revolution Roadster w jaskrawozielonym lakierze Napier Green, czyli auto, które nie tyle przyciąga wzrok, co dosłownie porywa go za kołnierz. W świecie hipersamochodów ten model nie udaje skromnego. On wjeżdża jak neon ustawiony pośrodku pustyni i zachowuje się tak, jakby dyskrecja była wadą fabryczną.
To zresztą nie jest zwykły Venom F5, ale wersja Revolution Roadster, czyli odmiana jeszcze mocniej skierowana w stronę jazdy torowej. Producent przewidział dla tego modelu tylko 12 egzemplarzy, a cena startowa wynosiła 3 mln dolarów. Już sam ten zestaw mówi sporo o filozofii auta: ma być rzadkie, bezczelnie szybkie i zbudowane bardziej dla ludzi, którzy traktują garaż jak prywatne muzeum adrenaliny niż miejsce do parkowania.
Najciekawsze jest jednak to, że mówimy o samochodzie bez stałego dachu, który równocześnie nie próbuje udawać weekendowej zabawki do spokojnych przejażdżek przy zachodzie słońca. To roadster o usposobieniu drapieżnika. Coś jak garnitur uszyty z włókna węglowego, w którym zamiast iść na kolację, biegniesz na start wyścigu.
1817 koni mechanicznych i ani grama wstydu
W centrum całego zamieszania pracuje 6,6-litrowe, podwójnie doładowane V8 Fury. Moc? 1817 KM. Moment obrotowy? 1617 Nm. To są liczby, które w normalnym świecie należą do prezentacji inżynierów lotniczych albo do fantazji nastolatka rysującego supersamochód w zeszycie od matematyki. Tutaj jednak wszystko jest jak najbardziej prawdziwe i zamknięte w karbonowej konstrukcji z centralnie umieszczonym silnikiem.

Sucha masa auta wynosi 1383 kg, więc stosunek mocy do masy robi się wręcz groteskowy. To trochę tak, jakby ktoś zamontował silnik od małej rakiety w przedmiocie, który nadal formalnie da się zarejestrować jako samochód. Revolution Roadster dostał też wyraźnie torowe dodatki: rozbudowaną aerodynamikę, większy splitter, dive planes, regulowane tylne skrzydło i zawieszenie Penske zestrojone z myślą o ostrej jeździe. To nie jest kaprys stylistów, tylko zestaw narzędzi do walki z powietrzem przy absurdalnych prędkościach.
Właśnie dlatego Venom F5 Revolution Roadster robi takie wrażenie. W czasach, gdy motoryzacja coraz częściej brzmi jak tabelka z emisją, asystentami i cyfrowymi usługami, tutaj wciąż chodzi o stary, szlachetnie niepokojący zestaw: spalinowy silnik, ogromną moc, niską masę i kierowcę, który musi wiedzieć, co robi. W tym aucie nie ma atmosfery salonowego SPA. Jest raczej klimat rozmowy z piorunem.

Zielony lakier, karbon i kabina jak z myśliwca
Sam kolor też nie jest przypadkowy. Napier Green w tym modelu nie wygląda elegancko w klasycznym sensie. On wygląda agresywnie, trochę bezczelnie, trochę komiksowo, ale właśnie dzięki temu pasuje idealnie. Hipersamochód tej klasy nie powinien przypominać dobrze skrojonej limuzyny dla prezesa. Powinien wyglądać jak obiekt, który nawet na postoju sprawia wrażenie, że ma za dużo kofeiny we krwi.
Kabina została zaprojektowana w duchu kokpitu myśliwca, z charakterystycznym jarzmem zamiast klasycznej kierownicy i maksymalnym podporządkowaniem widoczności oraz funkcji. Są tu karbonowe kubełki, dużo odsłoniętego włókna węglowego i układ wnętrza, który nie próbuje udawać luksusowego saloniku. To raczej centrum dowodzenia, gdzie wszystko ma służyć jednemu: utrzymaniu kontroli nad maszyną, która bardzo chętnie przypomni kierowcy, że fizyka nie przyjmuje próśb o ulgowe traktowanie.
Ciekawym detalem jest też sam klucz do auta – wykonywany z tytanu i uzupełniany fragmentem materiału z promu kosmicznego Endeavour. Brzmi jak marketingowa przesada, ale akurat tutaj dobrze wpisuje się w charakter całego projektu. Bo Venom F5 od początku był budowany nie jako kolejny szybki samochód, tylko jako motoryzacyjny odpowiednik demonstracji siły. Taki przedmiot, który ma robić wrażenie nie tylko osiągami, ale też samą opowieścią wokół siebie.

Venom F5 Revolution Roadster wygląda jak manifest napisany wielkimi literami: jeszcze nie wszystko musi być ciche, sterylne i cyfrowo ugrzecznione. To oczywiście auto dla garstki ludzi na świecie, ale takie konstrukcje zawsze działają szerzej niż ich realna sprzedaż. One ustawiają ton. Przypominają, że motoryzacja nie musi być wyłącznie transportem, a czasem bywa też czystym spektaklem, inżynieryjną brawurą i trochę niepotrzebnym, ale przez to fascynującym przesadzeniem. Jak luksusowy zegarek nurkowy, który prawdopodobnie nigdy nie zobaczy dna oceanu, a mimo to wszyscy chcą go oglądać.
