Ledwie zdążyłem opowiedzieć Wam o Philips Hue Signe Gradient, a już wracam z kolejnym testem. Wszystko dlatego, że oprócz smukłej lampy Philips przysłał mi również coś równie ciekawego – Liane 360 Rope Light, czyli trzy metry świecącej, silikonowej liny. Uznałem więc, że skoro już tak dobrze idzie mi rozświetlanie mojego salonu, to nie ma sensu zwlekać z kolejną recenzją. Zwłaszcza, że Liane 360 zainteresowała mnie chyba nawet bardziej niż Signe.
Zresztą po wcześniejszych testach mostka Bridge Pro, taśmy Flux i pozostałych akcesoriów Philips Hue miałem już całkiem niezłe rozeznanie w możliwościach tego ekosystemu. Tym razem mogłem więc skupić się na samym urządzeniu i sprawdzić, ile swobody rzeczywiście daje jego nietypowa konstrukcja. Liane trafiła na drewnianą zabudowę za telewizorem, gdzie znalazło się dla niej całkiem sporo miejsca. Pozostawało wymyślić odpowiedni kształt, jakoś to wszystko zamontować i przekonać się, czy efekt będzie wart zachodu. A także pieniędzy, bo za trzymetrową wersję z obciążnikiem Philips życzy sobie prawie 2000 zł. Przy takiej kwocie trudno poprzestać na stwierdzeniu, że ładnie świeci.

Pas LED Philips Hue Liane 360 Rope Light
Trzy metry światła i sporo możliwości
Po rozpakowaniu Liane trudno pomylić ją ze zwykłą taśmą LED. Ma okrągły przekrój, średnicę 22 mm i została wykonana z elastycznego silikonu. Jest przyjemna w dotyku, ale przede wszystkim sprawia wrażenie solidnego, dobrze wykończonego elementu wyposażenia. W zestawie znalazły się również zasilacz, moduł sterujący i elementy potrzebne do montażu. Poszczególne elementy są dobrze wykonane, choć sam przewód trudno nazwać dyskretnym.
Najważniejszą cechą Liane jest możliwość układania jej w różne kształty. Można poprowadzić ją po ścianie, stworzyć łagodne fale albo bardziej skomplikowaną kompozycję. Trzeba jednak uwzględnić grubość przewodu i jego naturalną sprężystość. Nie jest to cienka taśma, którą bez większego wysiłku przykleimy do dowolnej powierzchni. Lina wymaga odpowiedniego podparcia, a ostre zakręty zwyczajnie nie pasują do jej konstrukcji.
W moim przypadku wybór padł na nieregularną linię biegnącą po drewnianej zabudowie za telewizorem. Zależało mi na łagodnych zakrętach, które nie będą wyglądały zbyt geometrycznie. Warto też wspomnieć, że 3-metrową Liane można skrócić, ale…później oczywiście nie da się jej przedłużyć. Lepiej więc zostawić sobie niewielki zapas długości, zamiast podczas montażu odkryć, że zabrakło kilkunastu centymetrów.
Testowana przeze mnie wersja została wyposażona również w obciążnik, który pozwala wykorzystać linę w aranżacjach z jej swobodnie zwisającym fragmentem. Daje to dodatkowe możliwości, zwłaszcza jeśli chcemy stworzyć dekorację przypominającą wiszącą instalację świetlną.

Montaż przeprowadź najpierw w głowie
Liane daje sporą swobodę aranżacji, ale ta swoboda ma swoje granice. Przed zamocowaniem warto rozłożyć linę i sprawdzić, jak zachowuje się na poszczególnych zakrętach. Zwłaszcza jeśli planujemy poprowadzić ją wokół telewizora, szafek lub innych elementów wyposażenia. Każda zmiana kierunku wpływa przecież na ostateczną długość instalacji.
W moim salonie dodatkowym wyzwaniem była drewniana zabudowa, której nie chciałem niepotrzebnie zasłaniać. Lina miała podkreślić jej wygląd, a nie zdominować całą ścianę. Dlatego zdecydowałem się na dość oszczędną kompozycję z kilkoma łagodnymi zakrętami. W takim układzie dobrze widać zarówno sam przewód, jak i światło odbijające się od drewna. Trzeba również zaplanować miejsce dla zasilacza oraz kontrolera. To mniej interesująca część zabawy, ale istotna, zwłaszcza gdy zależy nam na estetycznym wykończeniu.
Nie traktowałbym więc Liane jako dekoracji, którą kupujemy, a pięć minut później mamy gotową na ścianie. Samo podłączenie nie jest skomplikowane, ale dobry efekt wymaga przemyślanego ułożenia. W zamian otrzymujemy możliwość stworzenia kompozycji dopasowanej do konkretnego wnętrza.

Najlepiej prezentuje się po zmroku…
Największą zaletą Philips Hue Liane 360 Rope Light jest sposób, w jaki świeci. Zastosowana technologia OmniGlow sprawia, że na całej długości widzimy jednolitą smugę światła, bez wyraźnych punktów poszczególnych diod. Dodatkowo lina emituje światło na całym obwodzie, stąd zresztą liczba 360 w nazwie. Dzięki temu nie trzeba jej precyzyjnie obracać w stronę pomieszczenia. Na drewnianej zabudowie podoba mi się zwłaszcza miękka poświata wokół przewodu. Światło delikatnie rozchodzi się wokół przewodu i podkreśla fakturę paneli. Szczególnie spodobały mi się ciepłe odcienie, które dobrze współgrają z naturalnym kolorem drewna. W takim ustawieniu Liane wygląda elegancko i nie sprawia wrażenia dekoracji przygotowanej wyłącznie na imprezę.
Oczywiście możliwości kolorystyczne są znacznie większe. Płynne gradienty wyglądają bardzo dobrze, ponieważ poszczególne kolory nie są od siebie ostro odcięte. Przy odpowiednim ustawieniu jasności można uzyskać subtelny efekt albo zamienić ścianę za telewizorem w zdecydowanie najbardziej kolorowy fragment salonu.
Liane potrafi też świecić naprawdę mocno. Nie należy więc traktować jej wyłącznie jako delikatnego akcentu dekoracyjnego. Mimo to w codziennym użytkowaniu znacznie bardziej odpowiada mi przyciemnione światło. Podczas oglądania filmu intensywna, wielokolorowa linia potrafi odciągać uwagę od ekranu, szczególnie jeśli akurat wyświetlam coś spokojniejszego niż koncert. Na szczęście regulacja jasności pozwala łatwo znaleźć odpowiedni poziom, dzięki któremu oświetlenie pozostaje efektowne, ale nie przeszkadza w odpoczynku.

…za dnia zaś wciąż będzie widoczna
W przypadku takiego produktu wygląd po wyłączeniu jest równie istotny jak efekt po zmroku. Philips Hue Liane ma jasną, silikonową obudowę, która na mojej ciemniejszej drewnianej ścianie pozostaje doskonale widoczna. Nie jest to wada wykonania, ale cecha, którą trzeba zaakceptować. Nawet gdy światło jest wyłączone, na ścianie nadal mamy grubą, białą linię.
W jasnych wnętrzach może ona wyglądać bardzo naturalnie. Na ciemnych powierzchniach staje się natomiast pełnoprawnym elementem dekoracyjnym. Mnie taki efekt odpowiada, ponieważ od początku zakładałem, że Liane będzie widoczna. Rozumiem jednak osoby, które wolą oświetlenie dyskretnie ukryte za meblami.
I tutaj wracamy do mojego wcześniejszego testu taśmy Flux. Jeżeli zależy nam przede wszystkim na podświetleniu zabudowy, klasyczna taśma LED pozostaje rozwiązaniem bardziej uniwersalnym. Można schować ją w miejscu niewidocznym z kanapy, pozostawiając jedynie poświatę. Liane ma zupełnie inny charakter i wymaga nieco odważniejszego podejścia do wystroju.

Kolejny domownik w aplikacji Hue
Kiedy pierwszy raz testowałem startowy zestaw Philips Hue, sporo uwagi poświęciłem aplikacji i możliwościom mostka Bridge Pro. Dzisiaj korzystanie z kolejnego urządzenia tego systemu jest już dla mnie czymś naturalnym. Liane dołączyła do pozostałego oświetlenia salonu, a ja mogłem sterować nią z tego samego miejsca co taśmą Flux czy lampą Signe.
Aplikacja pozwala ustawić kilka kolorów jednocześnie, korzystając z charakterystycznego koła barw. W praktyce wybieramy punkty odpowiadające poszczególnym odcieniom, a oprogramowanie tworzy między nimi płynne przejścia. Dzięki temu lina nie musi świecić jednym kolorem na całej długości. Można przygotować własną kompozycję albo skorzystać z gotowych scen.
Do dyspozycji są również animowane efekty. Na przykład „Sparkle” wprowadza migoczące akcenty, a „Podwodny” pozwala uzyskać bardziej płynny, kojarzący się z wodą ruch światła. Takie rozwiązania dobrze sprawdzają się podczas okazjonalnych eksperymentów, choć na co dzień częściej wybieram spokojniejsze ustawienia.
Dużą zaletą pozostaje możliwość korzystania z automatyzacji oraz wspólnego sterowania kilkoma źródłami światła. Nie muszę tworzyć osobnych harmonogramów w kolejnych aplikacjach ani zastanawiać się, którym pilotem obsłużyć konkretną lampę. Mam też fizyczny ściemniacz Hue, więc podstawowe czynności wykonuję bez sięgania po telefon. Im więcej urządzeń pojawia się w salonie, tym bardziej doceniam tę wygodę.
Prawie 2000 zł za świecącą linę?
Nie ma sensu omijać kwestii ceny, ponieważ w przypadku Liane jest ona jednym z najważniejszych argumentów podczas podejmowania decyzji. Testowana przeze mnie trzymetrowa wersja z obciążnikiem kosztuje katalogowo około 1990 zł. W sprzedaży dostępny jest również wariant pięciometrowy oraz trzymetrowa odmiana bez obciążnika. Wybór odpowiedniej wersji zależy więc przede wszystkim od pomysłu na aranżację, ale niezależnie od długości trzeba przygotować się na spory wydatek.
Za wysoką ceną stoją dobre wykonanie, równomierne świecenie, płynne gradienty oraz rozbudowane możliwości sterowania. Nie zmienia to jednak faktu, że za podobną kwotę można kupić kilka innych źródeł inteligentnego oświetlenia. Warto więc uczciwie określić swoje oczekiwania.
Jeśli chcemy jedynie podświetlić telewizor albo stworzyć nastrojowe światło za szafką, zakup Liane trudno racjonalnie uzasadnić. W takich zastosowaniach znacznie tańsza taśma LED może okazać się wystarczająca. Jeżeli natomiast planujemy konkretną dekorację świetlną, możliwości Liane stają się dużo bardziej interesujące.

Nie dla każdego. I chyba właśnie o to chodzi
Po testach różnych rozwiązań od Philips Hue coraz wyraźniej widzę, jak szerokie możliwości daje ten ekosystem i odpowiednio zaplanowane oświetlenie salonu. Liane jest najbardziej charakterystyczna wizualnie. Jej największym atutem jest swoboda tworzenia własnych kształtów oraz znakomita równomierność świecenia. Pod tym względem trudno mi znaleźć coś, do czego mógłbym się poważnie przyczepić.
W moim domu Liane 360 świetnie odnalazła się na drewnianej zabudowie za telewizorem. Ciepłe światło podkreśla kolor paneli, a wielobarwne gradienty pozwalają całkowicie zmienić atmosferę pomieszczenia. Doceniam również wygodę sterowania i możliwość połączenia jej z pozostałymi urządzeniami Hue. To korzyść, którą odczuwam szczególnie teraz, gdy system jest już u mnie rozbudowany.

Czy oprócz ceny znalazłem jakieś wady? Montaż wymaga przemyślenia, a jasny przewód w dzień pozostaje widoczny po wyłączeniu. Nie jest to zatem produkt, który polecałbym osobom szukającym przede wszystkim praktycznego oświetlenia do codziennych czynności. Najlepiej sprawdzi się u tych osób, które mają pomysł na wykorzystanie jej nietypowej konstrukcji i chcą uczynić światło częścią wystroju. Wysoka cena znajduje wtedy swoje uzasadnienie w możliwościach aranżacyjnych. Sam jestem zadowolony z efektu, choć nie ukrywam, że równie dobrze rozumiem tych, którzy na widok kwoty w sklepie wybiorą znacznie tańszą taśmę LED.
Liane 360 nie jest zakupem z rozsądku. To propozycja dla osób, które mają konkretny pomysł na swoje wnętrze i są gotowe zapłacić niemało za jego realizację. Ja znalazłem dla niej miejsce w salonie, choć przyznam, że prawie dwa tysiące złotych za trzy metry światła nadal robi na mnie wrażenie.

