Jeszcze kilka lat temu wyjazd z większą liczbą elektroniki oznaczał zabieranie całej kolekcji zasilaczy. Dzisiaj laptop, smartfon, tablet, słuchawki czy powerbank coraz częściej można obsłużyć za pomocą jednej ładowarki USB-C. O ile oczywiście ładowarka ma odpowiednią moc i potrafi ta mocą rozsądnie zarządzać. Testowany Anker oferuje 100 W, dwa porty USB-C, dodatkowe USB-A i mieści to wszystko w obudowie niewiele większej od klasycznej ładowarki do laptopa.
Jest też coś mniej typowego – kolorowy ekran pokazujący, co aktualnie dzieje się z dostępną mocą. Początkowo traktowałem go jako efektowny dodatek, na który popatrzę podczas testu, a później zapomnę o jego istnieniu. Stało się trochę inaczej. Zwłaszcza że przy dwóch lub trzech podłączonych urządzeniach Anker potrafi całkiem mocno zmieniać sposób, w jaki rozdziela dostępne 100 W. I właśnie wtedy możliwość podejrzenia tego na ekranie zaczyna mieć znacznie więcej sensu.
100 watów można wrzucić do kieszeni
Przy mocy 100 W spodziewałem się większej konstrukcji. Anker mierzy około 6,9 × 5,5 × 3,4 cm, więc bez problemu mieści się w dłoni, a przy tym waży 212 gramów. Lekki jak piórko zatem nie jest, ale biorąc pod uwagę możliwości, trudno też nazwać go dużym.
Za zmniejszenie konstrukcji odpowiada między innymi technologia GaN wykorzystująca azotek galu. Nie będę urządzał tutaj wykładu z elektroniki – najważniejszy efekt jest taki, że można budować wydajne zasilacze o dużej mocy bez otaczania ich obudową wielkości cegły. W przypadku sprzętu, który ma regularnie lądować w plecaku, taki postęp zdecydowanie mi odpowiada.
Bardzo podoba mi się składana wtyczka. Po schowaniu bolców otrzymujemy niewielką, regularną kostkę bez wystających elementów, więc Anker dobrze nadaje się do wrzucenia do kieszeni plecaka czy torby z elektroniką. Nie ma też metalowych bolców gotowych zaprzyjaźnić się z ekranem tabletu przy pierwszym mocniejszym potrząśnięciu torbą. To drobna rzecz, ale w sprzęcie projektowanym również z myślą o podróżowaniu robi różnicę.
Do jakości wykonania trudno mi mieć zastrzeżenia. Obudowa jest solidna, dobrze spasowana i wygląda schludnie. Trzeba jedynie pamiętać, że 212 gramów wiszących bezpośrednio w gniazdku to już zauważalna masa. W normalnym, ciasnym gnieździe nie stanowiło to dla mnie problemu, ale zdecydowanie nie jest to maleńka ładowarka do telefonu ważąca kilkadziesiąt gramów.
W zestawie otrzymujemy również przewód USB-C do USB-C o długości 1,5 metra. To ważny dodatek, bo chcąc wykorzystać pełne możliwości ładowarki, potrzebujemy kabla obsługującego odpowiednio wysoką moc.

Trzy porty, 100 W oczywiście trzeba między nie podzielić
Anker ma dwa porty USB-C oraz jedno USB-A. Każde USB-C może przy pojedynczym podłączeniu dostarczyć maksymalnie 100 W, natomiast USB-A osiąga do 33 W. Dzięki temu przy ładowaniu jednego urządzenia sprawa jest prosta – laptop może trafić do dowolnego USB-C i wykorzystać pełne możliwości ładowarki.
Ciekawiej robi się po podłączeniu kolejnego sprzętu. Dostępne 100 W jest wtedy dzielone pomiędzy używane porty. Trzech laptopów po 100 W z tej niewielkiej kostki więc nie nakarmimy. Matematyka nadal działa, nawet jeśli na obudowie pojawił się kolorowy ekran.
Przy dwóch USB-C standardowy podział wynosi 70 + 30 W i bardzo podobny wynik zobaczyłem podczas testów. Ekran wskazywał 70 W na C1 oraz 27 W na C2, czyli 97 W łącznie. Nie jest to pomiar wykonany zewnętrznym miernikiem, lecz wskazanie samej ładowarki, dlatego traktuję je jako informację o jej pracy, a nie laboratoryjny wynik.
Sposób podziału zależy też od tego, które złącza wykorzystujemy. Przy USB-C i USB-A może to być 67 + 33 W. Ładowarka rozpoznaje również urządzenia o niewielkim zapotrzebowaniu na energię, takie jak słuchawki czy zegarek. W odpowiednich warunkach po około minucie może wtedy przejść na podział 95 + 5 W, zostawiając większość mocy dla bardziej wymagającego sprzętu. To ma sens – rezerwowanie kilkudziesięciu watów dla słuchawek byłoby trochę jak zamawianie ciężarówki do przewiezienia plecaka.
Przy wykorzystaniu wszystkich trzech portów podział wynosi 80 + 12 + 7,5 W, a największą część dostaje USB-C1. Jeśli więc jednocześnie ładuję laptopa, telefon i niewielkie akcesorium, komputer podłączam właśnie do pierwszego USB-C. Nie trzeba przed każdym ładowaniem studiować instrukcji, ale tę zasadę warto zapamiętać.
Jest jeszcze jedna rzecz, która może początkowo zaskoczyć. Po podłączeniu kolejnego urządzenia ładowanie może zostać na moment przerwane, ponieważ Anker ponownie ustala podział mocy. Po chwili wszystko wraca do normy. To normalne zachowanie urządzenia, a nie powód, żeby rozpoczynać śledztwo od wymiany kabla.

Myślałem, że ekran będzie głównie ozdobą
Najbardziej charakterystycznym elementem Ankera jest oczywiście kolorowy wyświetlacz. Początkowo traktowałem go trochę jak bajer mający odróżnić kolejną ładowarkę GaN od dziesiątek podobnych modeli. Po kilku dniach zacząłem jednak zaglądać na niego częściej, niż się spodziewałem.
Najwięcej frajdy jest oczywiście przy pierwszym podłączeniu mocnego urządzenia. Wpinam przewód, pobór energii rośnie i na ekranie pojawia się informacja o aktualnym obciążeniu. Tak, przez pierwszych kilka minut obserwowałem zmieniające się waty zdecydowanie dłużej, niż było to konieczne. Później człowiekowi przechodzi, ale użyteczność ekranu zostaje.
Po podłączeniu drugiego urządzenia robi się jeszcze ciekawiej, ponieważ mogę podejrzeć moc na każdym z portów osobno. Właśnie w ten sposób zobaczyłem wspomniane wcześniej 70 W i 27 W. Przy jednym urządzeniu można zerknąć na te liczby z ciekawości. Przy dwóch lub trzech ekran pozwala szybko sprawdzić, gdzie faktycznie trafia dostępna moc.
Przydaje się również podczas sprawdzania przewodów. Jeżeli laptop powinien ładować się szybko, a wartości są podejrzanie niskie, dostajemy przynajmniej punkt zaczepienia do dalszych poszukiwań. Trzeba przy tym pamiętać, że moc ładowania naturalnie się zmienia. Zależy między innymi od poziomu baterii, temperatury urządzenia i jego aktualnego zapotrzebowania. Anker informuje też, że wskazanie ładowarki może być nawet o 10 W wyższe od wartości pokazywanej przez ładowane urządzenie.
Ekran pozwala ponadto podejrzeć stan termiczny ładowarki oraz czas jej pracy. Łączny czas działania pojawia się dopiero po przekroczeniu dwóch godzin, a okresy, w których pobór wynosi mniej niż 2 W, nie są do niego zaliczane. To raczej ciekawostka niż funkcja, dla której kupowałbym ładowarkę, ale skoro ekran już tutaj jest, Anker wykorzystał jego możliwości całkiem sensownie. Pełną rozpiskę obsługiwanych konfiguracji i parametrów można znaleźć w oficjalnej specyfikacji Anker 100W.

Przy pełnym obciążeniu robi się ciepło
Upakowanie 100 W w takiej obudowie ma swoją cenę i podczas szybkiego ładowania Anker potrafi się wyraźnie nagrzać. Nie było to dla mnie zaskoczeniem. Przy dużej mocy część energii zamienia się w ciepło, a niewielka obudowa ma ograniczoną powierzchnię do jego oddawania.
Ładowarka monitoruje temperaturę podczas pracy, a jej stan możemy podejrzeć również na ekranie. Podczas testów nie zauważyłem zachowania, które wskazywałoby na problem z temperaturą. Obudowa robiła się ciepła, ale przy takim obciążeniu trudno oczekiwać, że pozostanie chłodna. Niewielkie rozmiary nie zwalniają praw fizyki z obowiązku stawienia się do pracy.
Warto natomiast zapewnić ładowarce normalne warunki do oddawania ciepła. Nie przykrywałbym jej podczas pracy i nie wciskał pomiędzy przedmioty ograniczające przepływ powietrza, szczególnie gdy przez dłuższy czas zasila laptopa z wysoką mocą.
Podoba mi się natomiast, że ekran daje możliwość podejrzenia stanu termicznego bez zgadywania wyłącznie na podstawie temperatury obudowy. Nie jest to funkcja niezbędna, ale w urządzeniu zdolnym dostarczyć 100 W ma zdecydowanie więcej sensu niż efektowna animacja wyświetlana tylko dla ozdoby.
Jedna kostka zamiast kilku zasilaczy
Największą zaletę Ankera zauważyłem nie podczas sprawdzania maksymalnej mocy, lecz w zwykłym użytkowaniu. Laptop może być podłączony do pierwszego USB-C, telefon do drugiego, a USB-A pozostaje dla starszego przewodu lub drobnego akcesorium. Zamiast zastanawiać się, gdzie podział się kolejny zasilacz, mam jedno urządzenie zajmujące jedno gniazdko.
Jeszcze więcej sensu zaczyna to mieć podczas wyjazdu. Składam wtyczkę, wrzucam ładowarkę oraz dwa czy trzy przewody do torby i mam zestaw zdolny obsłużyć większość zabieranej elektroniki. Właśnie tutaj niewielkie rozmiary i 100 W okazują się dla mnie ważniejsze niż sam ekran. Mniej zasilaczy oznacza też mniej okazji do odkrycia już w hotelu, że ten jeden potrzebny został oczywiście w domu.
Trzeba tylko dobrać możliwości Ankera do własnego sprzętu. Jeśli laptop podczas intensywnej pracy rzeczywiście potrzebuje około 100 W, podłączenie kolejnych urządzeń zmniejszy dostępną dla niego moc. Nie oznacza to automatycznie, że laptop przestanie się ładować, ale pod dużym obciążeniem jego bateria może uzupełniać się wolniej.
I właśnie tutaj ekran znowu okazuje się przydatny. Zamiast zastanawiać się, dlaczego komputer nagle ładuje się wolniej, wystarczy spojrzeć na Ankera i sprawdzić, ile mocy otrzymuje każdy z podłączonych sprzętów.

Na kolejny wyjazd na pewno zabiorę Ankera
Anker 100W z inteligentnym ekranem kosztuje obecnie około 269 zł. To sporo jak na ładowarkę, szczególnie że na rynku bez problemu znajdziemy tańsze modele GaN o podobnej mocy. Po kilku dniach używania wiem jednak, że w tym przypadku dopłacam do rzeczy, z których rzeczywiście korzystam.
Dwa USB-C mogą pojedynczo dostarczyć do 100 W, USB-A osiąga do 33 W, w zestawie jest przewód, a składana wtyczka ułatwia wrzucenie całej konstrukcji do torby. Najbardziej zaskoczył mnie ekran. Przed testem uważałem go za najmniej istotny element Ankera, a ostatecznie regularnie sprawdzałem na nim moc poszczególnych portów. Nie twierdzę, że obserwowanie watów stanie się moim nowym hobby, ale możliwość szybkiego sprawdzenia, co dzieje się po podłączeniu drugiego lub trzeciego urządzenia, naprawdę mi się spodobała.
Nie każdy potrzebuje jednak takiej ładowarki. Jeżeli wieczorem podpinamy telefon i na tym kończą się nasze potrzeby, 100 W, trzy porty i ekran będą zwyczajnie przerostem formy nad treścią. Inaczej wygląda to przy laptopie, smartfonie, słuchawkach, powerbanku czy tablecie. Wtedy jedna niewielka kostka może zastąpić kilka osobnych zasilaczy.
I właśnie dlatego Anker najbardziej przekonał mnie jako ładowarka na wyjazdy. Zamiast zastanawiać się przed pakowaniem, ile zasilaczy tym razem będzie potrzebnych, mogę zabrać jeden i dobrać do niego odpowiednie przewody. W domu również chętnie zostawię go przy biurku, ale to możliwość ograniczenia liczby rzeczy w torbie doceniam najbardziej.
100 W nie jest tutaj najciekawszą liczbą z pudełka. Liczy się to, że Anker potrafi tę moc sensownie rozdzielić, mieści się w niewielkiej obudowie i pokazuje, co aktualnie robi. Na kolejny wyjazd zabrałbym go bez większego zastanowienia. A to chyba najlepsza rekomendacja, jaką może dostać ładowarka projektowana między innymi z myślą o podróżowaniu.
