Fender zrobił ruch, który od dawna wisiał w powietrzu: zamiast traktować instrumenty, wzmacniacze, aplikacje i sprzęt studyjny jako osobne światy, spina je w jedną, wspólną markę. Nowy parasol nazywa się Fender Studio i ma być czymś więcej niż kolejną apką do nagrywania – to próba zbudowania ekosystemu, w którym od pierwszego riffu do gotowego miksu idzie się możliwie bez tarcia.
To ważne także z bardzo pragmatycznego powodu: w muzyce cyfrowej największym wrogiem kreatywności nie jest brak pomysłów, tylko konfiguracja. Sterowniki, latencja, wtyczki, kompatybilność, przerzucanie projektów między urządzeniami… Jeśli ktoś chce wygrać z tym chaosem, musi spróbować zamknąć pętlę od sprzętu po software. Fender właśnie to komunikuje – głośno i wprost.
Jedna marka, wiele klocków: co dokładnie składa się na Fender Studio
Rdzeniem całości ma być Fender Studio Pro 8 – czyli kolejna generacja znanego środowiska DAW, wcześniej funkcjonującego pod szyldem Studio One Pro. Teraz ma działać w ścisłej symbiozie z resztą narzędzi: od aplikacji mobilno-desktopowej, po interfejsy audio i kontrolery.
W praktyce to strategiczne ułatwiamy wejście do studia – zarówno dla gitarzystów i basistów, jak i dla twórców, którzy robią muzykę w trybie contentowym (krótkie formy, szybkie demo, nagrania na wyjeździe). Zamiast dokładać kolejne produkty w katalogu, całość ma się spinać w jeden przepływ pracy.
Istotna jest też deklaracja, że dotychczasowi użytkownicy rozwiązań PreSonus nie zostają zostawieni na lodzie: wsparcie i aktualizacje mają dalej działać, a sama marka PreSonus ma pozostać na rynku w tych segmentach, w których ma mocną pozycję, np. monitory czy miksery.
Oprogramowanie: Studio Pro 8 i darmowa aplikacja, która ma „podawać” projekty dalej
Fender Studio Pro 8 ma dostać odświeżony interfejs i nowe funkcje workflow, ale najciekawsze są dwie warstwy: wbudowane brzmienia oraz narzędzia oparte na AI. Pojawia się m.in. konwersja Audio-to-Note, zamiana nagrania na edytowalne MIDI jednym kliknięciem, a także funkcje w rodzaju Chord Assistant czy lepszego podglądu sesji Channel i Arrangement Overviews.
Druga rzecz to twarde Fenderowe DNA w DAW – czyli integracja ampów i efektów marki. W ekosystemie mają być dostępne wtyczki Mustang i Rumble Native oferujące łącznie 57 modeli wzmacniaczy gitarowych i basowych plus setki efektów. To sygnał, że producent chce, aby gitarzysta nie zaczynał pracy od polowania na wtyczki, tylko od razu miał brzmienie gotowe do nagrywania.

Równolegle rozwijana jest darmowa aplikacja Fender Studio (desktop i mobile). W aktualizacji 1.2 pojawia się m.in. funkcja transmit, która ma pozwalać wysyłać sesje z aplikacji bezpośrednio do Studio Pro 8, do tego dochodzi Chord Track (w tym detekcja akordów z audio) i rozbudowany drum metronome z ponad 75 groove’ami po darmowej rejestracji.
Sprzęt: Quantum LT / Quantum HD, AudioBox Go i kontrolery Motion
Po stronie hardware’u Fender stawia na trzy poziomy wejścia. Najbardziej ludzki cenowo ma być Quantum LT (trzy modele), czyli interfejsy USB-C z naciskiem na niską latencję, mocne preampy (MAX-HD z deklarowanym zapasem wzmocnienia 75 dB), pętlę loopback i integrację z aplikacją sterującą. W serii pojawia się też wariant LT 16 z większą liczbą wejść i dołączoną licencją perpetual na Studio Pro.
Wyżej jest Quantum HD, celowane w bardziej wymagające setupy: konwersja 32-bit/192 kHz, Auto Gain, wyjścia do re-ampingu, DSP do miksu monitorowego oraz rozbudowa przez ADAT. W komunikacji padają też konkretne konfiguracje wejść/wyjść dla dwóch wersji (HD 2 i HD 8), co sugeruje, że to sprzęt na dłużej, a nie tylko do nagrywania gitar w sypialni.
Najbardziej mobilny klocek to AudioBox Go – kompaktowy interfejs 2×2 USB-C, z phantomem i konwersją 24-bit/96 kHz, wprost kierowany także do podcasterów i twórców wideo. A na deser – Motion, czyli kontrolery produkcyjne z padami, enkoderami i touch stripami, które mają przenieść obsługę DAW pod palce i ograniczyć klikanie myszką. Motion ma trafić na rynek wiosną 2026.
Jak to wygląda cenowo?
To przeliczenie orientacyjne – finalna cena w sklepie zależy od VAT, polityki dystrybutora i kursu w dniu zakupu.
-
Fender Studio Pro 8: licencja perpetual 199,99 USD to ok. 721,62 zł, a miesięczna subskrypcja 19,99 USD to ok. 72,13 zł. Wersje roczne/bundlowe wypadają odpowiednio pomiędzy (np. 179,99 USD ≈ 649,46 zł).
-
Quantum LT: od 149,99 do 499,99 USD, czyli mniej więcej 541–1804 zł. Quantum HD: 599,99–1099,99 USD, czyli ok. 2165–3969 zł.
-
AudioBox Go: 99,99 USD, czyli ok. 360,79 zł. Motion: 269,99–349,99 USD, czyli ok. 974–1263 zł.

To wygląda jak Apple’izacja tworzenia muzyki – i w sumie o to chodzi
Najciekawsze w tej historii jest to, że Fender przestaje udawać, że sprzedaje tylko instrumenty. W praktyce sprzedaje dziś też drogę: od nauki, przez ćwiczenie, po produkcję i publikację. Jeśli ktoś kiedyś przegapił najlepszy moment na nagranie pomysłu, bo akurat aktualizował sterownik interfejsu – ten wie, jak bardzo takie ekosystemy potrafią być… kuszące.
Jednocześnie to gra o wysoką stawkę. W muzyce producenci DAW i wtyczek od lat uczą użytkowników, że najlepszy workflow to ten, który sam sobie złożysz. Fender mówi: nie, my złożymy go za ciebie – i jeszcze podamy brzmienie w pakiecie. Jeśli to zagra, wiele osób przestanie traktować DAW jako osobny świat, a zacznie myśleć o nim jak o naturalnym przedłużeniu gitary, wzmacniacza i interfejsu.
I jest jeszcze trzeci wątek: rynek twórców, którzy nie chcą być realizatorami dźwięku, tylko chcą po prostu zrobić numer. W ich świecie mniej znaczy lepiej, a łańcuch nagraj – dopracuj – wyślij dalej musi być szybki. Fender Studio wygląda jak próba zbudowania właśnie takiego skrótu – bez obietnic, że każdy zostanie producentem, ale z obietnicą, że każdy zdąży złapać inspirację.
