More

    Nie jedna katastrofa, tylko seria małych ciosów: Webb rozgryzł cichy mechanizm śmierci galaktyki

    Są galaktyki, które wyglądają jak kosmiczni sprinterzy: w krótkim czasie budują ogromną masę gwiazd, a potem nagle… cisza. W młodym Wszechświecie taki scenariusz powinien być rzadkością, bo paliwo do narodzin gwiazd – zimny gaz, zwykle wciąż napływa. A jednak James Webb i ALMA coraz częściej trafiają na obiekty, które wyglądają staro, choć żyły, gdy Wszechświat dopiero nabierał rozpędu.

    Jedną z najbardziej intrygujących historii jest galaktyka GS-10578, znana też jako Pablo’s Galaxy. To przykład zgonu bez wybuchu – bez wielkiej kolizji, bez jednej apokaliptycznej katastrofy, tylko konsekwentnego wyłączania dopływu paliwa przez centralną czarną dziurę.

    Galaktyka, która nie powinna była umrzeć tak szybko

    Webb i ALMA widzą Pablo’s Galaxy taką, jaka była mniej więcej 3 miliardy lat po Wielkim Wybuchu – jej światło leciało do nas około 11 miliardów lat. Jak na tamtą epokę to kolos: masa porównywana do około 200 miliardów mas Słońca.

    Co jeszcze dziwniejsze, większość jej gwiazd powstała w relatywnie krótkim oknie czasowym (w skali kosmicznej), a potem tempo formowania nowych gwiazd wyraźnie siadło. W astronomii taki stan nazywa się uśpieniem lub wygaszeniem – galaktyka przestaje produkować nowe gwiazdy, bo kończy się zimny gaz w obszarach, gdzie mógłby się on skraplać i zapadać.

    W klasycznych opowieściach winowajcą bywa wielka fuzja galaktyk albo jednorazowy, brutalny epizod. Tutaj obraz jest inny: obiekt wygląda jak spokojnie obracający się dysk, bez śladów świeżej, niszczącej kolizji. A mimo to gwiazdotwórcza maszyna stanęła.

    galaktyka, kosmos
    fot. Unsplash

    Najważniejszy dowód: brak paliwa i wiatr z centrum

    ALMA zrobiła coś, co w nauce bywa równie cenne jak wielkie odkrycie: nie znalazła tego, czego szukała. Zespół próbował wykryć tlenek węgla, który jest wygodnym znacznikiem zimnego wodoru – podstawowego surowca do narodzin gwiazd. Zamiast sygnału było praktycznie… pustkowie. Wniosek jest brutalny: w galaktyce prawie nie zostało zimnego gazu, który mógłby napędzać dalsze formowanie gwiazd.

    Jednocześnie JWST pokazał, że w tym systemie działa mechanizm wynoszenia materii. Spektroskopia ujawniła silne wypływy neutralnego gazu powiązane z aktywnością supermasywnej czarnej dziury w centrum. Mówimy o wietrze rzędu ~400 km/s i tempie ucieczki gazu odpowiadającym mniej więcej materiałowi na około 60 słonecznych gwiazd rocznie.

    To nie jest tylko dymek z jądra – to proces zdolny do realnego przestawienia bilansu paliwa. Przy takich liczbach badacze szacują, że resztki zasobów mogły zostać wyczyszczone w przedziale od kilkunastu do kilkuset milionów lat (16–220 mln lat), co jest tempem znacznie szybszym niż typowe „wypalanie” paliwa w masywnych galaktykach liczone zwykle w okolicach miliarda lat.

    „Śmierć przez tysiąc nacięć” i dlaczego to może być częstsze, niż myśleliśmy?

    Najciekawszy element tej historii nie brzmi jak scena z filmu katastroficznego. W opisie mechanizmu pojawia się raczej obraz cykliczności: czarna dziura nie musiała jednorazowo wydmuchać całej galaktyki. Wystarczyło, że wielokrotnie podgrzewała i wypychała gaz, uniemożliwiając mu powrót i ponowne zatankowanie dysku. Zamiast jednego ciosu – seria mniejszych epizodów, które w sumie robią swoje.

    galaktyka, kosmos
    fot. Unsplash

    W tym kontekście ważny jest detal czasowy: obserwacje sugerują, że galaktyka przestała formować gwiazdy setki milionów lat wcześniej, a mimo to jądro znów wykazuje aktywność. To pasuje do scenariusza, w którym aktywność czarnej dziury powraca falami i każda fala utrudnia odbudowę rezerwuaru zimnego gazu.

    Jeżeli ten obraz jest poprawny, to wyjaśnia, czemu JWST znajduje coraz więcej dziwnie starych galaktyk w młodym Wszechświecie: nie potrzeba spektakularnej katastrofy, żeby zatrzymać powstawanie gwiazd. Wystarczy skutecznie zablokować dopływ świeżego paliwa i nagle wielki obiekt zaczyna wyglądać jak emeryt w czasach, gdy wszyscy dookoła dopiero dorastali.

    Trudno nie widzieć w tym lekcji o tym, jak działa kosmiczna oszczędność paliwa

    Ta historia ma w sobie coś przewrotnie nowoczesnego: to nie jest opowieść o jednym wielkim delete, tylko o konsekwentnym zarządzaniu zasobami… tyle że w wersji destrukcyjnej. Z punktu widzenia galaktyki nie liczy się, czy gaz gdzieś w okolicy istnieje, tylko czy może opaść, schłodzić się i trafić tam, gdzie rodzą się gwiazdy. Jeśli jądro co jakiś czas robi przeciąg, który wyrzuca wszystko z powrotem na zewnątrz, to galaktyka zaczyna przegrywać z własną grawitacją.

    Najbardziej przemawia do mnie to, że tutaj brak jest dowodem: ALMA nie musiała zobaczyć wielkiego rezerwuaru, żeby powiedzieć coś mocnego o ewolucji. Ta cisza w sygnale zimnego gazu jest jak pusta lodówka po imprezie, nie musisz znać menu, żeby wiedzieć, dlaczego kuchnia nie pracuje.

    I jeszcze jedna rzecz: jeśli wczesny Wszechświat miał więcej takich przypadków, to nasze intuicje o tym, jak szybko duże galaktyki dojrzewają, mogą wymagać korekty. Nie dlatego, że kosmos przestał tworzyć, tylko dlatego, że czarne dziury potrafią być znacznie lepszymi kontrolerami dopływu paliwa, niż lubiliśmy zakładać.

    Zobacz też