AirPods Max doczekały się rywala od Sony. Tyle że The ColleXion grają na własnych zasadach

Słuchawki nauszne już dawno przestały być tylko sprzętem do słuchania muzyki. Stały się częścią stroju, biurową tarczą przed światem, podróżnym kokonem, a czasem po prostu drogim przedmiotem, który ma wyglądać równie dobrze, jak grać. Apple zrozumiało to lata temu przy AirPods Max. Teraz Sony wchodzi w ten sam rejon rynku, ale po swojemu: z modelem 1000X The ColleXion, który ma być bardziej ekskluzywnym odłamem znanej serii niż jej kolejną techniczną generacją.

Z jednej strony trudno mi nie docenić, że Sony wreszcie pozwoliło sobie na coś mniej zachowawczego niż kolejna wariacja na temat „najlepsze ANC, trochę lepszy dźwięk, bateria jak zwykle”. Z drugiej – gdy słuchawki kosztują 649,99 dolarów, czyli około 2370 zł, a ich cena w Wielkiej Brytanii ma wynosić 550 funtów, czyli około 2690 zł, oczekiwania rosną szybciej niż tabela specyfikacji.

Sony 1000X The ColleXion nie chcą być kolejnymi XM-ami

Najważniejsze jest to, że The ColleXion nie zastępują WH-1000XM6. To osobna, jubileuszowa linia przygotowana na 10-lecie serii 1000X, bardziej kolekcjonerska i wizerunkowa. Sony nie buduje tu narracji „oto następca flagowca”, tylko raczej „oto wersja premium dla tych, którym zwykły flagowiec wydaje się zbyt zwykły”.

Widać to od pierwszego spojrzenia. Konstrukcja jest smuklejsza, bardziej uporządkowana wizualnie, bez widocznych śrub i przeszyć. Pojawiają się metalowe akcenty, miękka wegańska skóra, szerszy pałąk i przestronniejsze muszle. Zewnętrzna rama ma być ręcznie polerowana i piaskowana, żeby logo Sony wyróżniało się matowym wykończeniem.

W ostatnich latach słuchawki premium stały się bardzo do siebie podobne: miękkie, plastikowe, rozsądnie lekkie, zaprojektowane tak, aby zniknąć na głowie. Sony uznało, że może już nie muszą znikać. Mogą wyglądać jak coś, co świadomie wybieramy, a nie jak kolejny bezpieczny gadżet do samolotu.

Luksus ma swoją cenę. Czasem także funkcjonalną

Problem polega na tym, że w zamian za bardziej dopracowany wygląd nie dostajemy bezdyskusyjnie lepszego sprzętu od WH-1000XM6. The ColleXion korzystają z procesora HD Noise Cancelling Processor QN3, znanego z XM6, i mają łącznie 12 mikrofonów. Dochodzi też dodatkowy układ odpowiedzialny za funkcje przestrzennego przetwarzania dźwięku. Mimo to redukcja hałasu ma być celowo nieco łagodniejsza niż w XM6, co wiąże się z subtelniejszą konstrukcją muszli i mniejszą izolacją pasywną.

fot. Sony

To zaskakujące, bo przez lata Sony budowało przewagę właśnie na ANC. Seria 1000X była dla wielu osób oczywistą odpowiedzią na pytanie: „jakie słuchawki kupić do podróży, pracy i odcinania się od otoczenia?”. Teraz firma tworzy droższy model, który w tym jednym, bardzo praktycznym aspekcie może wypaść słabiej od tańszego odpowiednika. I tu już nie wystarczy ładna faktura materiału, żeby zamknąć dyskusję.

Podobnie jest z baterią. 24 godziny pracy z włączonym ANC i do 32 godzin bez redukcji hałasu to wynik przyzwoity, ale nie imponujący w świecie, gdzie klasyczne WH-1000XM6 oferują dłuższy czas działania. Oczywiście 24 godziny nadal spokojnie wystarczą na kilka dni normalnego korzystania albo długi lot z przesiadką. Tyle że przy tej cenie oczekuje się raczej nadmiaru niż kompromisu.

Dźwięk ma być bardziej „salonowy” niż sportowo-techniczny

Sony próbuje zrównoważyć te ustępstwa dźwiękiem. W The ColleXion zastosowano dedykowane 30-milimetrowe przetworniki z kopułką z kompozytu węglowego, a strojenie przygotowano we współpracy z inżynierami masteringu. Firma mówi o większej przestrzeni, lepszej separacji i bardziej naturalnej prezentacji wysokich tonów. To wyraźny sygnał, że słuchawki mają być odbierane jako coś więcej niż elegancko opakowane XM6.

Do tego dochodzi Spatial Audio z 360 Upmix, które ma przekształcać klasyczne stereo w bardziej przestrzenny odsłuch w trybach dla muzyki, kina i gier. Takie funkcje potrafią zrobić dobre pierwsze wrażenie, zwłaszcza przy filmach czy produkcjach gamingowych, ale nie każdemu przypadną do gustu przy zwykłym słuchaniu albumów. Tu jestem ostrożna. W audio „więcej przestrzeni” bywa równie często zaletą, jak efektem, który po kilku dniach wyłączamy i już do niego nie wracamy.

Na szczęście Sony nie zapomniało o tym, co w praktyce ma znaczenie: jest obsługa LDAC, DSEE do poprawiania skompresowanych plików, połączenie multipoint, aplikacja Sound Connect i klasyczny zestaw inteligentnych funkcji znanych z serii 1000X. To nadal pełnoprawne słuchawki premium do codziennego użytku, a nie wydmuszka ubrana w metal i skórę.

fot. Sony

Sony nie zbudowało „AirPods Max killer”. I może właśnie dobrze

Nie mam wrażenia, że The ColleXion powstały po to, by pokonać Apple w bezpośrednim starciu. Są zbyt mocno zakorzenione w estetyce Sony, zbyt audiofilskie w komunikacji i zbyt specyficzne w swoich kompromisach. Bardziej interesuje mnie to, że japońska marka przestała udawać, iż segment luksusowych słuchawek nie istnieje.

To model dla osób, które lubią technologię, ale nie chcą, żeby wyglądała jak narzędzie pracy z korporacyjnego katalogu. Dla tych, którzy cenią serię 1000X, a jednocześnie oczekują czegoś bardziej wyrazistego niż kolejny odcień czerni i kilka procent poprawy w algorytmach. Czy kupiłabym je zamiast XM6? Raczej nie. Czy rozumiem, dlaczego ktoś może mieć na nie ochotę? Zdecydowanie tak.

Bo czasem kupujemy słuchawki po to, żeby lepiej słyszeć muzykę. A czasem również po to, żeby przedmiot codziennego użytku dawał odrobinę większą przyjemność niż absolutnie konieczna.

Zobacz też