SUV od Astona Martina dla graczy? Dreadnought jest absurdalny, ale dobrze skrojony

Niektóre premiery samochodów sprawiają, że człowiek odruchowo sprawdza cenę, moc i termin dostaw. Przy Astonie Martinie Dreadnoughcie odpadły wszystkie trzy odruchy, bo tego SUV-a nie da się zamówić, ubezpieczyć ani zaparkować pod restauracją. Można za to wskoczyć nim do Call of Duty: Modern Warfare 4, rozpędzić się przez mapę i sprawdzić, ile ostrzału zniesie jego cyfrowe nadwozie. Brytyjska marka zaprojektowała auto wyłącznie dla gry, a ja przyznaję, że taki rodzaj motoryzacyjnej bezczelności trochę mnie bawi.

Dreadnought jest marketingową współpracą, oczywiście, lecz nie wygląda jak samochód pospiesznie obklejony logo partnera. Ma własny charakter: wysoki prześwit, ogromne opony, zwartą i agresywną sylwetkę oraz lakier Chiltern Green, który od lat stanowi jeden z najbardziej rozpoznawalnych kodów Astona Martina. W normalnym świecie ten kolor kojarzy się z eleganckim coupe sunącym przez angielskie wzgórza. Tutaj ma przecinać teren pod ostrzałem. Kontrast jest tak dobrze policzony, że aż trudno mieć do niego pretensję.

Test bez kluczyków i bez drogowego kodeksu

W motoryzacji lubimy udawać, że każdy koncept ma kiedyś trafić do produkcji, choćby w znacznie grzeczniejszej wersji. Dreadnought nie daje takich złudzeń. Powstał bez ograniczeń świata fizycznego, więc projektanci mogli pominąć kwestie homologacji, norm bezpieczeństwa pieszych, realnego zużycia paliwa, widoczności przez szybę czy zwykłego pytania, jak dokładnie serwisować taką konstrukcję po błotnej przeprawie.

To daje projektowi przyjemną swobodę. Nadwozie jest muskularne, ale nadal dość smukłe jak na SUV-a. Wielkie koła i elementy sugerujące opancerzenie budują wrażenie pojazdu, który mógłby eskortować konwój przez strefę konfliktu, a po pracy odwieźć właściciela na pole golfowe. W rzeczywistości takie połączenie zwykle kończy się autem ciężkim, drogim i mało przekonującym. W grze nie trzeba martwić się prawami fizyki, rachunkiem za opony ani tym, czy sąsiad zdoła wyjechać z miejsca obok.

Nie będę więc udawała, że Dreadnought przeszedł klasyczny test drogowy. Nie ma tu dźwięku silnika, pracy zawieszenia na popękanym asfalcie ani odpowiedzi na pytanie, czy wielka felga przeżyje spotkanie z polską studzienką. Jest za to test wyobraźni marki, która uznała, że jej prestiż może na chwilę zamieszkać w świecie battle royale. I ten egzamin Aston Martin zalicza zaskakująco pewnie.

Aston Martin Dreadnought
fot. Aston Martin / Activision Blizzard

Luksusowy znaczek na polu bitwy

Wirtualne samochody w grach wojennych zwykle mają służyć jednemu: szybko przewieźć drużynę do kolejnej kłopotliwej sytuacji. Marka premium wnosi do tej rutyny zupełnie inną energię. Aston Martin od dawna sprzedaje nie tylko osiągi, lecz także pewien rodzaj kontrolowanej ekstrawagancji. Dreadnought przenosi ją do gry, w której subtelność zazwyczaj kończy się po pierwszych trzydziestu sekundach meczu.

Twórcy opisują SUV-a jako pojazd o wojskowym charakterze i zaawansowanym opancerzeniu. W języku Call of Duty oznacza to zapewne, że samochód ma dać graczom czas na przejazd przez ostrzeliwaną przestrzeń, zanim zamieni się w dymiące wspomnienie. Sensowne. W Warzone i trybie DMZ mobilność często decyduje o przeżyciu bardziej niż najładniejszy karabin w ekwipunku. Pojazd, który szybko zabiera skład z punktu A do punktu B i przy okazji wytrzymuje trochę więcej, może okazać się realnie użyteczny, nie tylko dekoracyjny.

Właśnie tu współpraca ma większy sens, niż można sądzić po pierwszym uśmiechu. Gracze dostają rozpoznawalny, efektowny środek transportu, a Aston Martin trafia do odbiorców, którzy być może nie śledzą premier samochodów za setki tysięcy złotych, ale świetnie znają język cyfrowego prestiżu. Skórka, operator, auto czy zegarek w grze potrafią dziś znaczyć dla części graczy więcej niż reklama w lśniącym magazynie. Marki luksusowe dobrze to rozumieją, nawet jeśli długo udawały, że internet kończy się na konfiguratorze.

Aston Martin Dreadnought
fot. Aston Martin / Activision Blizzard

Chiltern Green pasuje zaskakująco dobrze do chaosu

Najmocniejszym detalem Dreadnoughta pozostaje dla mnie kolor. Chiltern Green nie jest anonimową wojskową zielenią wyciągniętą z katalogu farb do pojazdów specjalnych. To jeden z odcieni nierozerwalnie związanych z Astonem Martinem, głęboki i elegancki, z nutą brytyjskiej powściągliwości. W otoczeniu zniszczonych budynków, piachu i wybuchów zyskuje bardziej drapieżne znaczenie.

Może właśnie dlatego projekt nie wpada w pułapkę zabawki dla dorosłych. Mógłby, bo samochody tworzone do gier bardzo łatwo przesadzić ostrymi przetłoczeniami, światłami i dodatkami, które wyglądają jak projekt po trzech energetykach. Dreadnought ma wyraziste proporcje, ale zachowuje dość dyscypliny, by nadal można było rozpoznać w nim Astona Martina. To ważne, bo logo na masce nie zastąpi tożsamości.

Aston Martin Dreadnought
fot. Aston Martin / Activision Blizzard

Wirtualny garaż staje się nowym salonem marki

Nie zakładałabym, że Dreadnought zapowiada seryjnego, opancerzonego kuzyna DBX-a. Raczej pokazuje kierunek, w którym przesuwa się motoryzacyjna promocja. Klienci marek premium coraz częściej spotykają ich produkty najpierw na ekranie: w grach, symulatorach, aplikacjach i krótkich materiałach, które nie mają cierpliwości do technicznych tabel. Wirtualny model pozwala producentowi puścić wodze fantazji, a przy okazji sprawdzić, czy publiczność reaguje na nową estetykę.

Takie projekty mają też jedną przewagę nad klasycznymi autami koncepcyjnymi. Koncept na targach stoi za barierką, odbija światła reflektorów i po dwóch dniach znika w magazynie. Dreadnought dostanie zadanie. Będzie przewoził graczy po mapach Modern Warfare 4, w DMZ i Warzone, zbierał uszkodzenia, wywoływał emocje oraz zapewne stawał się tłem dla mniej lub bardziej spektakularnych porażek. To dużo żywszy kontakt z marką niż szybkie zdjęcie przy aucie na stoisku.

Czy chciałabym zobaczyć taki samochód na ulicy? Przez pierwsze pięć minut zapewne tak. Potem przypomniałabym sobie o jego rozmiarze, widoczności, kosztach i fakcie, że miejska infrastruktura już teraz ma dość SUV-ów udających pojazdy ekspedycyjne. Na ekranie Dreadnought wypada znacznie lepiej. Tam może być przesadny, pancerny i odrobinę absurdalny, a Chiltern Green nadal zachowa klasę. Jak na samochód, którym nikt nigdy nie pojedzie do domu, zostaje w pamięci wyjątkowo długo.

Zobacz też