Škoda Epiq pokazuje, że tani elektryk nie musi wyglądać jak kara za rozsądek

Przez kilka ostatnich lat samochody elektryczne miały w sobie coś z drogich gadżetów, które oczywiście miały zmieniać świat, ale najpierw wymagały dość hojnego portfela. Zasięg rósł, ekrany puchły, osiągi zaczynały zawstydzać sportowe auta sprzed dekady, tylko zwykły kierowca wciąż mógł mieć wrażenie, że patrzy na tę rewolucję zza szyby salonu premium. Škoda Epiq jw tym wszystkim ma być elektrycznym crossoverem dla ludzi, którzy chcą normalnego, praktycznego auta, a nie manifestu na kołach.

I mam wrażenie, że takich premier rynek potrzebuje dziś bardziej niż kolejnych bezszelestnych SUV-ów z 600-konnym napędem. Epiq ma być najtańszym elektrykiem w historii Škody, a na rynku brytyjskim startuje od 24 950 funtów, czyli około 122 200 zł. To poziom zbliżony do spalinowego Kamiqa, więc po raz pierwszy w tej części gamy przestaje obowiązywać prosty odruch: „elektryk? pewnie dużo droższy”. Polskich cen jeszcze nie znamy, ale sam kierunek jest ciekawy.

Mały elektryk, który nie wygląda na miejską karę

Škoda określa Epiqa jako miejski SUV crossover i w tym przypadku nie jest to tylko marketingowa etykieta. Auto ma być zwarte, łatwe do manewrowania i sensowne w codziennym użyciu, ale bez wrażenia, że kupujemy kompromis zaprojektowany głównie pod drugie auto w rodzinie. Bagażnik mieści 475 litrów, z przodu przewidziano dodatkowy schowek o pojemności 25 litrów, a w kabinie znalazło się jeszcze 28,1 litra drobniejszych przestrzeni na codzienny bałagan, który każdy samochód w końcu zaczyna wozić.

To akurat rozumiem i doceniam. W tańszych elektrykach producenci często każą kierowcy cieszyć się z samego faktu, że auto jest na prąd, jakby funkcjonalność była miłym dodatkiem. Škoda idzie tropem, który od lat przynosił jej sukces w autach spalinowych: nie wymyśla życia od nowa, tylko pilnuje, żeby torby z zakupami, wózek, plecaki i kabel do ładowania miały swoje miejsce. Epiq ma ledwie ponad cztery metry długości, ale nie sprawia wrażenia auta, które będzie trzeba tłumaczyć rodzinie przy każdym dłuższym wyjeździe.

Stylistycznie to już początek nowej epoki w marce. Epiq wprowadza w pełnej wersji język projektowania Modern Solid, z błyszczącym przednim panelem Tech-Deck Face, światłami układającymi się w motyw litery T i dość prostą, zwartą sylwetką. Zwykle jestem sceptyczna, gdy każda nowa linia nadwozia dostaje własną filozofię, ale tu wizualna zmiana rzeczywiście jest czytelna. Škoda nie stara się robić z małego crossovera agresywnego pseudo-coupé. Auto wygląda nowocześnie, ale nie nerwowo.

fot. Skoda

Zasięg już nie brzmi jak zaproszenie do ciągłego planowania

Epiq ma być oferowany w trzech wariantach napędowych. Dwie słabsze wersje otrzymają akumulator 38,5 kWh i zasięg około 310 km, najmocniejsza wersja z baterią 55 kWh ma przejeżdżać do 440 km. Moc wyniesie odpowiednio 85, 99 lub 155 kW, czyli maksymalnie 211 KM. Najszybsza odmiana ma też ładować się od 10 do 80% w 24 minuty.

To nadal nie jest samochód, który jednym ładowaniem przejedzie pół Europy, ale trudno mi uznać to za problem. Dla auta tej wielkości, tej ceny i tego zastosowania 440 km robi już dużą różnicę. To zasięg, przy którym codzienne użytkowanie przestaje przypominać pilnowanie baterii w starym smartfonie. Nawet warianty z mniejszym akumulatorem mogą być sensowne dla kierowców poruszających się głównie po mieście i okolicach, pod warunkiem że cena rzeczywiście zostanie utrzymana na rozsądnym poziomie.

Ciekawsze jest dla mnie coś innego: Škoda nie ogranicza Epiqa do roli taniego, przyciętego elektryka. Auto ma obsługiwać ładowanie dwukierunkowe w standardach V2L i V2H, czyli może zasilać zewnętrzne urządzenia, a w odpowiedniej infrastrukturze także dom. Jeszcze niedawno takie rozwiązania brzmiały jak ciekawostka z prezentacji technologicznej, dziś zaczynają trafiać do modeli, które aspirują do popularności. Nie każdy będzie z tego korzystać, ale dobrze, że elektryk z niższej półki cenowej nie jest od razu pozbawiany ambitniejszych funkcji.

Taniej nie znaczy ubogo. I to może być dla Epiqa kluczowe

W środku znalazł się 13-calowy ekran centralny z systemem opartym na Androidzie, obsługą znanych aplikacji, łącznością ze smartfonem i zdalnym sterowaniem przez aplikację MyŠkoda. Do tego dochodzi zestaw asystentów, rozpoznawanie znaków, adaptacyjny tempomat, opcjonalny Travel Assist 3.0 oraz nowe radary narożne wspierające ostrzeganie na skrzyżowaniach.

fot. Skoda

Tu mam mieszane uczucia tylko wobec samego trendu wypychania coraz większej części obsługi do ekranów. Škoda podkreśla prostotę interfejsu, ale w codziennym aucie wciąż cenię fizyczne przyciski bardziej niż kolejną warstwę menu. Na szczęście Epiq nie wygląda na kabinę zbudowaną wyłącznie wokół cyfrowego panelu. Widać próbę pogodzenia współczesnych oczekiwań z użytkową logiką, a to w tej klasie jest ważniejsze niż efekt „wow” podczas pierwszych pięciu minut w salonie.

Na rynku brytyjskim zamówienia mają ruszyć w lipcu 2026 roku. Wersja SE L 40 została wyceniona na 24 950 funtów, czyli około 122 200 zł, SE L 55 kosztuje 27 700 funtów, czyli około 135 600 zł, a First Edition ma sięgać 31 450 funtów, czyli około 154 000 zł. To oczywiście nie są polskie ceny, więc nie warto traktować ich jak gotowego cennika dla naszego rynku. Pokazują jednak ambicję Škody: elektryk nie musi już automatycznie lądować w rejonie finansowo nieprzyjemnym.

Zobacz też