Test Roborock Saros 20 – sprzęt, który nie potrzebuje idealnej podłogi, żeby wypaść dobrze

Pierwsze wrażenie przy Roborocku Saros 20 wcale nie bierze się z aplikacji, liczby funkcji ani z tego, jak wygląda na zdjęciach. Bierze się z chwili, kiedy puszczasz go w mieszkanie i widzisz, że nie trzeba mu tłumaczyć podstaw. Jedzie tam, gdzie trzeba. Nie szarpie się z przejściem między pomieszczeniami. Nie zachowuje się przy dywanie jak ktoś, kto właśnie wszedł do obcego kraju bez mapy. W świecie robotów sprzątających to już jest bardzo dużo, bo część sprzętów potrafi pięknie wyglądać w specyfikacji, a później przegrywa z progiem, wąskim miejscem przy stole albo zwykłymi okruchami rozsypanymi po śniadaniu.

Saros 20 szybko daje poczucie porządku nie tylko na podłodze, ale też w samym rytmie sprzątania. Nie prosi o ciągłe poprawianie mapy, nie wymusza nieustannego sprawdzania, gdzie akurat utknął, nie buduje wokół siebie atmosfery zaawansowanego urządzenia, które trzeba specjalnie traktować. To jest raczej ten typ robota, który po kilku dniach zaczyna działać jak dobrze ustawiony sprzęt AGD: ma swoje miejsce, swoje zadanie i przestaje być problemem. Zostaje po nim po prostu ogarnięty dom.

Najważniejsze rzeczy widać na podłodze

W Sarosie 20 naprawdę nie chodzi o to, że ma dużo nazw systemów. Te rozwiązania przekładają się na bardzo zwyczajne sytuacje. AdaptiLift Chassis 3.0 odpowiada za to, jak robot radzi sobie z różnicami poziomów i przejazdami przez progi. W praktyce wygląda to tak, że zamiast klasycznego podjazd, cofnięcie, drugi podjazd, chwila namysłu, jedzie dalej z większą pewnością.

Podobnie z dywanami. W wielu modelach to właśnie tam kończy się płynność, a zaczyna ostrożne „zobaczymy, co się stanie”. Tutaj nie ma tego wrażenia. Saros 20 wjeżdża, dostosowuje się do podłoża i nie robi z dywanu osobnego rozdziału w instrukcji obsługi. W normalnym mieszkaniu dywan nie jest testem specjalnym. Jest częścią codzienności. Robot, który tego nie rozumie, bardzo szybko przestaje być wygodą.

Test z płatkami i papryką mówi o nim więcej niż ładna broszura

W takich sprzętach najlepiej wypadają nie wielkie deklaracje, tylko zwykły domowy bałagan. Płatki owsiane i przyprawa z papryką to świetny przykład, bo ten zestaw obnaża dwie rzeczy naraz. Płatki sprawdzają, czy robot potrafi zebrać coś większego bez rozpychania po bokach. Papryka pokazuje, czy przy drobnym, lekkim zabrudzeniu ma dość precyzji, żeby nie zamienić sprzątania w rozcieranie śladu po przyprawie. Na filmie możecie zobaczyć, że Saros 20 poradził sobie z tym bardzo sprawnie.

Jeśli robot potrafi dobrze ogarnąć płatki rozsypane na podłodze i drobną przyprawę, która lubi się rozłazić po szczelinach, to znaczy, że rozumie codzienny brud. Nie tylko ten demonstracyjny, rozsypany do zdjęcia na idealnie pustej powierzchni, ale ten zwykły, domowy, trochę chaotyczny. Taki, który naprawdę człowieka irytuje.

Mopowanie nie jest tu dodatkiem

To też czuć dość szybko. Saros 20 nie traktuje mycia podłogi jak funkcji pobocznej, którą można dopisać drobnym drukiem pod hasłem o odkurzaniu. Podwójne obrotowe mopy pracują tak, jak powinny pracować w sprzęcie tej klasy: mają robić porządek, a nie tylko zostawiać po sobie wilgotny ślad. Przy lżejszych zabrudzeniach i codziennym odświeżaniu podłogi to daje ten rodzaj efektu, który widać nie od razu z poziomu specyfikacji, tylko wtedy, gdy przechodzisz przez mieszkanie i po prostu masz wrażenie czystości.

To nie jest oczywiście zamiennik ręcznego szorowania po kuchennej katastrofie, ale też nie po to kupuje się robota z tej półki. Chodzi o regularność, powtarzalność i o to, żeby podłoga nie dochodziła do momentu, w którym trzeba się za nią zabierać na serio. Saros 20 dobrze odnajduje się właśnie w takim scenariuszu. Nie robi z mopowania osobnego widowiska. Po prostu utrzymuje dom w lepszym stanie, niż większość ludzi ma czas robić sama na co dzień.

Stacja to połowa wygody

W robotach premium bardzo dużo zależy od tego, co dzieje się po sprzątaniu. Sam przejazd po mieszkaniu to dopiero początek historii. Jeśli później trzeba ręcznie walczyć z mopami, pilnować higieny, czyścić tackę i regularnie ogarniać wszystko wokół, szybko wychodzi, ile naprawdę jest warta ta cała automatyzacja. W Sarosie 20 stacja robi dużą część dobrej roboty za użytkownika. Myje mopy gorącą wodą, suszy je, opróżnia kurz, uzupełnia wodę i ogólnie dba o to, żeby robot po skończonej pracy nie zostawiał człowiekowi mokrego bałaganu do osobnego ogarnięcia.

To jest właśnie ten rodzaj luksusu, który w domu ceni się najbardziej. Im mniej uwagi wymaga taki zestaw po tygodniu, dwóch czy miesiącu, tym lepiej. I tutaj Saros 20 wypada dojrzale. Nie wygląda na sprzęt, który będzie świetny tylko przez pierwsze dni. Wygląda na taki, który ma sens także wtedy, gdy entuzjazm po rozpakowaniu już dawno minął.

Aplikacja nie przeszkadza

To jest komplement. W robotach sprzątających dobra aplikacja nie powinna być atrakcją samą w sobie. Powinna dawać kontrolę, ale nie wciągać człowieka w ciągłe zarządzanie. W Sarosie 20 można poustawiać wszystko, co trzeba: pokoje, harmonogramy, strefy zakazane, kolejność sprzątania, mapy pięter. Potem najlepiej jak najrzadziej do niej wracać. I tutaj dokładnie tak to działa.

Są urządzenia, które niby robią dużo, ale na końcu i tak czujesz, że w połowie pracujesz razem z nimi w panelu ustawień. Saros 20 nie buduje takiego wrażenia. Da się go ustawić po swojemu, ale później nie żąda ciągłej obsługi emocjonalnej. To akurat bardzo lubię, bo dobry robot powinien być bardziej jak zmywarka niż jak hobby.

Czy warto?

Tak, jeśli zależy ci na robocie, który nie robi z codzienności dodatkowego projektu. Saros 20 nie kupuje sympatii jedną spektakularną sztuczką. Działa raczej sumą dobrze rozwiązanych rzeczy: pewnie porusza się po domu, nie gubi się przy dywanach, dobrze radzi sobie z normalnym brudem, sensownie mopuje i ma stację, która naprawdę odciąża. To sprzęt, który brzmi najlepiej wtedy, gdy przestaje się o nim mówić, a zaczyna po prostu z niego korzystać.

Obecnie Saros 20 w polskich sklepach najczęściej pojawia się za około 5 199 zł. W praktyce oznacza to jedno: to zakup dla osób, które naprawdę chcą od robota nie tylko odkurzania, ale też świętego spokoju przy progach, dywanach, mopowaniu i całej obsłudze po sprzątaniu. Jeśli właśnie tego szukasz, Saros 20 broni się bardzo dobrze.

Najkrócej: to bardzo dobry robot dla ludzi, którzy chcą czystszego domu bez ciągłego poprawiania po urządzeniu. A to, wbrew pozorom, wcale nie zdarza się tak często.

Zobacz też