Jeep ma 85 lat i postanowił świętować w sposób, który w 2026 roku brzmi wręcz przewrotnie: nie kolejnym pakietem czerni, nie naklejkami w stylu militarnym, tylko… kratą. Nowy Wrangler 85th Anniversary Edition jest zbudowany wokół bardzo konkretnego nastroju: trochę retro, trochę outdoor, a przy tym nadal w pełni użytkowy.
To nie jest też pojedynczy strzał marketingowy. Ten model jest elementem całorocznej serii specjalnych Wranglerów, wypuszczanych cyklicznie, w limitowanych partiach, która ma rozciągnąć urodzinową opowieść na wiele premier, a nie na jeden weekend.
Krata wraca po 31 latach i robi całą robotę
Najbardziej charakterystyczny element jest oczywisty: wstawki w kratę na siedzeniach (z metką rocznicową) oraz dopasowane akcenty na desce rozdzielczej. Jeep podkreśla, że to pierwsza taka kraciasta odsłona od 1995 roku, więc to nie przypadek, raczej świadome odgrzebanie motywu, który kojarzy się z dawną szkołą Wranglera.
W środku dorzucono też detale, które mają budować wrażenie wersji kolekcjonerskiej, ale bez robienia z auta eksponatu: medalion rocznicowy na lewarku, tabliczkę 85th w okolicy uchwytów/konsoli oraz wytrzymałe maty Berber (podłoga i bagażnik), czyli praktyczny ukłon w stronę błota, piasku i mokrych butów po szlaku.

Z zewnątrz nie krzyczy – ale ma smaczki, które od razu zdradzają edycję
Wrangler 85th Anniversary Edition nie idzie w efekt patrzcie na mnie z kilometra. Jest raczej zestawem spójnych akcentów: 17-calowe felgi w kolorze Steel Oxide, brązowe haki holownicze, oznaczenia i naklejki w odcieniu Blue Agave oraz nadkola w kolorze nadwozia, co daje bardziej dopracowany wygląd niż w bazowych wersjach.
Są też opcje, które fajnie pokazują filozofię tej edycji: możesz wybrać twardy dach czarny albo w kolorze nadwozia, a opony terenowe da się dobrać bez dopłaty. To drobiazgi, ale właśnie one sprawiają, że wersja specjalna ma sens na co dzień – bo to nie tylko ładniej, lecz także wygodniej i bardziej w teren.
Co ważne: to nadal normalny Wrangler – nie eksperyment
Mechanicznie sprawa jest dość konserwatywna i to akurat może być atutem. Ta edycja bazuje na Wranglerze Sport S z pakietem Convenience Group i jest napędzana klasycznym 3.6 V6 Pentastar. Czyli żadnych kombinacji typu nowy silnik na rocznicę, żadnych ryzykownych zmian – to raczej styl i wyposażenie, osadzone na znanym układzie.
W standardzie dorzucono jednak rzeczy, które realnie podnoszą komfort: podgrzewane fotele i kierownicę, zdalny start, bezkluczykowy dostęp, system audio Alpine, pełne oświetlenie LED, a także pakiet systemów bezpieczeństwa (m.in. adaptacyjny tempomat i ostrzeganie przed kolizją). To dobrze pasuje do idei rocznicowej: ma być klimatycznie, ale bez cofania się do epoki surowego auta dla twardzieli.

Cena i dostępność: edycja limitowana, ale bez polowania na jednorożca
Jeep nie podaje liczby sztuk, tylko podkreśla, że to wypust limitowany. Zamówienia ruszyły w USA, a wycena jest ustawiona tak, żeby krata nie kosztowała fortuny: 46 300 dolarów MSRP (bez opłaty transportowej), a po doliczeniu 1 995 dolarów destination wychodzi 48 295 dolarów. I tu najważniejsze: dopłata względem podobnie wyposażonego Sport S ma wynosić tylko 710 dolarów.
W praktyce to sprytny ruch. Zamiast wyceniać rocznicę jak luksusową ciekawostkę, Jeep robi z niej rozsądny pakiet: płacisz niewiele więcej, dostajesz mocny klimat wnętrza i sensowne wyposażenie, a auto nadal pozostaje narzędziem do używania.
To mi się w tym podoba najbardziej
Wrangler 85th Anniversary Edition jest w pewnym sensie anty-tezą współczesnych wersji specjalnych. Nie próbuje udowodnić, że jest najbardziej agresywny, najczarniejszy i najbardziej taktyczny. Zamiast tego buduje emocję przez detal, który działa na wyobraźnię: wnętrze ma opowiadać historię, a nie tylko wyglądać jak katalog dodatków.

I jest w tym coś logicznego: Wrangler od lat żyje na styku mody i funkcji. Ludzie kupują go, bo chcą jeździć w teren – ale też dlatego, że to styl życia. Krata może brzmieć jak żart, dopóki nie zobaczysz, jak skutecznie odróżnia tę wersję od wszystkich podobnych do siebie SUV-ów na drodze. A jeśli do tego dopłata jest relatywnie mała, to nagle rocznicowa edycja przestaje być fanaberią – staje się po prostu ciekawszym wyborem.
