Nie każdy zegarek nurkowy musi wyglądać jak sprzęt ratunkowy. Shinola chyba wreszcie to zrozumiała

Mam słabość do zegarków nurkowych, choć uczciwie mówiąc większość z nich spędza życie bliżej klawiatury, kierownicy i ekspresu do kawy niż rafy koralowej. I może właśnie dlatego tak dobrze widać, kiedy taki zegarek przesadza. Wielka koperta, gruby bezel, masa stali na nadgarstku, opowieść o głębinach, a potem i tak kończy się na tym, że mankiet koszuli nie chce współpracować.

Shinola najwyraźniej też to zauważyła, bo jej odświeżony Monster Automatic Dive Watch dostał zmianę, która na papierze wygląda prosto, ale w codziennym użytkowaniu może być kluczowa: koperta zmalała z 43 do 39 mm.

Zegarek nurkowy po terapii odchudzającej

Przez lata rynek zegarków nurkowych miał lekką obsesję na punkcie gabarytów. Duży zegarek miał wyglądać poważnie, technicznie i trochę jak sprzęt dla człowieka, który o szóstej rano schodzi pod wodę, a po południu naprawia łódź. Tyle że współczesne nadgarstki coraz częściej głosują inaczej. 39 mm brzmi spokojniej, bardziej proporcjonalnie i mniej demonstracyjnie. W przypadku Shinoli to szczególnie ważne, bo Monster zawsze miał dość wyraźny charakter: masywna stalowa bransoleta, mocny bezel, czytelna tarcza i amerykańska pewność siebie w tle.

fot. Shinola

Zmniejszenie koperty nie odbiera mu funkcji zegarka nurkowego, a raczej przenosi go bliżej realnego życia. Trudno mi się dziwić, że marki coraz częściej schodzą z rozmiarów. Duży diver nadal wygląda efektownie na zdjęciu produktowym, ale 39 mm wygrywa tam, gdzie zegarek ma być noszony codziennie. Do bluzy, do kurtki, do koszuli, do zwykłego dnia, który nie wymaga sprzętu wyglądającego jak element wyposażenia ekspedycji.

Wielkie Jeziora zamiast generycznej morskiej fantazji

Nowa odsłona Monster Automatic Dive Watch pojawia się w trzech wariantach inspirowanych Wielkimi Jeziorami: Lake Michigan, Lake Ontario i Lake Huron. To akurat lubię, bo Shinola od dawna buduje swoją estetykę nie na anonimowym „oceanicznym” klimacie, ale na bardziej lokalnym, północnoamerykańskim wyobrażeniu wody, stali i użyteczności. W zegarkach nurkowych łatwo wpaść w kalkę: trochę czerni, trochę niebieskiego, trochę wojskowej powagi. Tutaj kolor ma większą rolę.

fot. Shinola

Lake Michigan i Lake Ontario dostały tarcze z masy perłowej dopasowane kolorystycznie do bezeli, odpowiednio w niebieskim i zielonym wydaniu. Lake Huron idzie w żółto-pomarańczowy ton z lakierowaną tarczą i pomarańczową wkładką ceramiczną bezela.

Mam mieszane uczucia wobec masy perłowej w sportowych zegarkach, bo czasem potrafi zmienić narzędzie w biżuteryjny gadżet. W tym przypadku pomysł jest jednak całkiem logiczny. Woda rzadko wygląda jak płaska plama koloru. Mieni się, łapie światło, zmienia ton. Jeżeli zegarek ma odwoływać się do jezior, taki detal pasuje lepiej niż kolejna matowa tarcza udająca wojskową powagę.

Pod spodem nadal jest porządny automat

Na szczęście redesign nie skończył się na zmniejszeniu koperty i ładniejszych tarczach. W środku pracuje Sellita SW200-2, czyli szwajcarski mechanizm automatyczny z 26 kamieniami i około 65-godzinną rezerwą chodu. To nie jest egzotyczny wybór, ale w zegarku tego typu egzotyka nie zawsze jest zaletą. Bardziej przekonuje mnie mechanizm znany, serwisowalny i wystarczająco solidny niż efektowna opowieść o czymś, co później komplikuje życie właścicielowi.

fot. Shinola

Monster zachował też parametry, których oczekuje się od poważniejszego divera: wodoszczelność 30 ATM, czyli 300 metrów, jednokierunkowy bezel, zakręcaną koronkę, szkło szafirowe z powłoką antyrefleksyjną oraz wskazówki i indeksy pokryte BGW9 Super-LumiNova.

W praktyce większość właścicieli pewnie nigdy nie sprawdzi tych 300 metrów, ale akurat w zegarkach nurkowych ten nadmiar parametrów ma swój urok. Daje poczucie, że rzecz została zaprojektowana z zapasem, nawet jeśli największym testem wodnym będzie basen, jezioro albo zlew podczas mycia naczyń.

Cena już nie jest rekreacyjna

Nowe modele kosztują po 2195 dolarów, czyli około 8030 zł. To cena z rynku amerykańskiego, więc bez prostego przełożenia na ewentualny koszt zakupu w Polsce, podatki, wysyłkę czy opłaty pośrednie.

fot. Shinola

Za ponad 8 tysięcy złotych Shinola wchodzi na teren, gdzie konkurencja jest bardzo gęsta. Są marki szwajcarskie, japońskie i mikrobrandy, które za podobne pieniądze oferują świetne divery, często z mocniejszym statusem wśród zegarkowych purystów.

Ale Shinola nigdy nie była wyborem wyłącznie tabelkowym. Jej zegarki kupuje się trochę za styl, trochę za amerykański charakter, trochę za estetykę Detroit i tę przyjemną surowość, która nie jest aż tak sterylna jak w wielu klasycznych diverach. Odświeżony Monster może więc trafić do osób, które chcą porządnego automatu z nurkowym zapleczem, ale niekoniecznie kolejnej wariacji na temat tych samych ikon.

Zobacz też